Utknęłam. Świat pędzi do przodu, zlecenia przychodzą, pomysły się pojawiają, a ja mam poczucie, że utknęłam. Z biznesem. I muszę podjąć decyzję, w którą stronę rozwijać moją manufakturę, albo raczej: czy w ogóle rozwijać. Po dwóch latach działania trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że to jeszcze nie jest biznes, póki co to jest moje miejsce pracy. Tylko pytanie brzmi: co z tym dalej zrobić?




Niedawno uznałam, że czas pomyśleć o biznesie poważnie. Przestać myśleć o tym, jaki nowy gadżet firmowy wyprodukować albo w jaki sposób pakować zamówienia dla Klientów, a skupić się na cyferkach. Czyli zbadać, czy mój obecny model biznesowy jest w stanie przynieść mi dochód, który będzie mnie satysfakcjonował.


Uczyłam się prowadzenia firmy „po kobiecemyu” w Latającej Szkole i tam proponowano taki prosty zabieg: zapisać kwotę, którą chcesz zarabiać, i potem sprawdzić, ile produktów czy usług musisz sprzedać, żeby to się udało. Stwierdziłam, że zrobię to ćwiczenie, ale zupełnie mi nie szło; koszty mieszały się z przychodem, marża z amortyzacją sprzętu, i do żadnych wniosków nie doszłam, poza takimi, że potrzebują pomocy.


Okej, to kto mi pomoże? Najlepiej ktoś, kto jest bardziej doświadczony w biznesie. I żeby to był mężczyzna. O kobiecych biznesach sporo wiem, lekcje z marki osobistej odrobiłam, podobnie jak z UVC czy innych takich rzeczy. A teraz potrzebuję zobaczyć, jak do tego wszystkiego zabierze się facet.


Poprosiłam o pomoc kolegę, który zarządza wielką firmą. Dał mi różne zadania domowe do odrobienia. I powiedział tak: „Monika, nie możesz wychodzić od tego, ile chcesz zarabiać, tylko od tego, ile Klient będzie w stanie zapłacić za Twoje usługi i ilu Klientom będziesz je w stamie sprzedać. Musisz zmienić kierunek myślenia, bo inaczej zafiksujesz się na określonym dochodzie i zamiast realizować systematycznie plan rozwoju firmy, będziesz wykonywać jakieś dziwne ruchy tylko po to, żeby osiagnąć ten wymarzony dochód.”


Otworzyłam szeroko oczy i powiedziałam mądrze „aha”. Powinnam więc siąść i zbadać, jak szeroki jest rynek na moje usługi. Na przykład jeśli zakładam, że jedną z grup docelowych mojego biznesu są kobiety w wieku 25-40 lat, mieszkające w dużym mieście i zarabiające powyżej 3tys. zł miesięcznie, to powinnam sprawdzić w statystykach, ile tych kobiet w Polsce jest. A potem zastanowić się, do ilu z nich jestem w stanie dotrzeć i sprzedać swoje manufakturowe produkty. I ile one będą chciały za nie zapłacić. I wtedy przekonam się, czy będzie z tego biznes.


Lekcji oczywiście jeszcze nie odrobiłam. Ciągle mnie coś rozpraszało: a to pisanie powieści, a to spotkanie, a to choroba... Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie mogę się zabrać do tej analizy. Jakieś wnioski? Może dlatego, że boję się, że wyjdzie, że to nigdy nie będzie biznes, a zawsze tylko stanowisko pracy? A może dlatego, że zamiast zastanowić się nad tym, jak chcę, żeby moje życie wyglądało za 2 lata (a życie to coś więcej niż biznes), zajełam się myśleniem o rozwoju binzesu z rozpędu, a nie z namysłu? Stawiam na to drugie. I biorę kartkę papieru i pióro w dłoń i idę myśleć nad tym, gdzie się widzę za 2 lata. Jako szefowa manufaktury, która zatrudnia kilku pracowników, czy jako artystka, która projektuje sukienki i pisze powieści. Trzymajcie kciuki!


PS A Ty jak liczysz swoje cyferki? Wychodzisz od wielkości rynkuczy od swojego wymarzonego dochodu?


Tags:

podziel się komentarzem